kichające metro….
jak wiadomo, lubię czytać, podczytywać, zaczytywać się, odczytywać i wsio co związane jest z książkami/gazetami/blogami/forami….
jakże zatem wielka była moja radość, jak na bibliotecznej półce, wśród literatury polskiej odnalazłam połączenie moich dwóch pożeraczy czasu – „Jędrne kaktusy” Wawrzyńca Pruskiego w wersji papierowej. Teraz w metrze/autobusie/sklepowej kolejce/wannie/ balkonie czy na ławeczce parku, czyli wszędzie i zawsze tam, gdzie i kiedy szanowna Córa pozwoli, zaczytuję się w przygodach WP, MŻonki i Potomstwa.
podobnie jak w ostatni czwartek, wracając ze spaceru starówką, kiedy Młódź odpłynęła na randevouz z Morfeuszem, ja wyciągnęłam knigę i również odpłynęłam, ale na randkę z WP…
jak powszechnie wiadomo, autor książki ma lekkie, humorystyczne i bardzo zaskakujące pióro. Jak również nie da się ukryć, rozwesela, rozśmiesza, doprowadza do łez i spazmów śmiechowych oraz rzucawki spowodowanej brakiem tlenu, który ze śmiechu się nie może dostać do mózgownicy ;)
w metrze uśmiechałam się, później chichrałam, później płakałam w rękaw, aż odkryłam, że ze mnie i do mnie śmieje się pół metra… wtedy rykąwszy śmiechem, pokazałam czeladzi, kto zacz przyczyną moich chichotów…
połowa wagony pokiwała ze zrozumieniem, że znają…
druga połowa zapewne po wyjściu spod ziemi pogalopowała zakupić…
literatura też potrafi łączyć ludzi :D:D:D
dla laików, niewtajemniczonych, ciekawych:
http://wawrzyniecprusky.blog.onet.pl/
skomentuj (0)